Podejrzewam, że w którymś z momentów w każdym z nas coś pękło. Z moich znajomych Jarek pojechał po facebookowych grupach (do których i ja się zapisywałem), Ania obiecała się nie odzywać na ten temat (pękła po materiale o dzieciach z Lasek), znam też takich, co postanowili w ogóle mediów w tych dniach nie oglądać.
We mnie może by i nie pękło – żyję w tym kraju od 34lat z hakiem i wiem, że może i wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi, ale zewnątrz to jesteśmy utkani z bezinteresownego skurwysyństwa.
Dlatego kiedy zacząłem oglądać, jak jeszcze przed pierwszymi pogrzebami zaczęto rozgrywać kampanię polityczną (ponoć jeden z kandydatów na prezydenta nie odwołał spotkania, które miał zaplanowane na … 10 kwietnia), posmutniałem.
Kilka lat temu nie wierzyłem w msze pojednania, opowiastki o pokoleniu JP2 i inne takie flashmobowe historie, które zdarzyły się po śmierci Wielkiego Polaka. Były one raczej wentylem do ujścia emocji, niż czymś, co miało w nas zostać na zawsze.
Nie wierzę w odmianę Polaków i po 10 kwietnia. Wystarczy pooglądać Wiadomości by poczuć narastające pragnienie konfrontacji, chęć odegrania się na tych, którzy mówili o Kaczyźmie lub po prostu byli politycznymi przeciwnikami PiS. Przed tym programem informacyjnym (?) został dziś wyemitowany krótki materiał filmowy nawiązujący do wydarzeń sprzed Pałacu Prezydenckiego. Okazuje się, że najważniejszy wniosek – jeśli wierzyć temu materiałowi – płynący po 10 kwietnia, to – cytując niedokładnie, ale dokładnie oddając sens, za wypowiadającą się tam panią – wydawało się nam, że jest nas mało, teraz zobaczyliśmy, że jest nas tak wielu. Aż chce się (dopowiadając za panią) powtórzyć cytat – my jesteśmy tam, gdzie…
Przy okazji odszczekuję publicznie moje pomstowanie na Fakty TVN. W ostatnich dniach zdały egzamin na szóstkę. Wiadomości – poza kilkoma bardzo profesjonalnymi materiałami – nie zdały go w ogóle.